O widoki,
refleksy na szybie,
jak miasta z przyszłości,
Świetliste obietnice na szarym płótnie,
wizję dziecięcej naiwności.
Odpływam słuchawki i pomruk silnika,
muzyka,
oczy,
przymykam.
Odpływam słuchawki i pomruk silnika, oczy.
Opieram kolana na oparciu przede mną,
słucham,
szukam czegoś znajomego.
Powietrze gęstnieje i nie wiem dlaczego,
przecież nic się nie dzieje.
Nie dzieje się nic złego,
znam na pamięć te ulice zapchane tętnice,
Takie puste nocą wyglądają obco.
Liczę przystanki, choć mylę się coraz.
Liczę latarnie skanujące mi twarz.
Skanujące mi twarz.
Twarz.
Skanujące.
Godzina już późna, ale nie jestem sam.
Tyle umysłów ze mną,
każdy własną rzeczywistość ma,
autobusy pełne konstelacji, różnych relacji.
Od stacji do stacji multiwersy pełne rzeczywistości,
równoległy sąd w jednym kierunku,
w jednym miejscu się zbiegły.
Niezliczone scenariusze i wątki,
osoby,
zakątki,
końce i początki,
każdy,
każda to niespiątna galaktyka,
a nikt nikogo nie dotyka.
Każdy,
każda oddzielnie,
na własnym siedzeniu,
osobno i w milczeniu.
Wysel.
Osobno i w milczeniu.
Wysel.
Osobno i w milczeniu.
Wysel.
Osobno i w milczeniu.
Nie wiem,
gdzie jadę,
ale nie mam złudzeń,
w pustczyni okna dzisiaj wyląduję,
kroczę po spiwanej,
orbiciem ta podróż znowu skończy się.
Ościcie, liczę przystanki, choć mylę się coraz,
liczę latarka między mi i twarz.
Liczę przystanki,
choć mylę się coraz,
liczę latarnię skanujące mi twarz.
Skanujące mi twarz, twarz.
Skanujące twarz.
Skanujące mi twarz, twarz.
Skanujące.
02:45